Ostatnio nie miałam chęci na starty w jakichkolwiek zawodach. Cieszyła mnie zwykła, najprostsza, codzienna jazda na rowerze. Totalne zero parcia. Na szczęście jednak na liście startowej rajdu w Prabutach się znalazłam😁
O pogodzie wolę już nawet nie pisać, bo boję się, że ten temat stanie się najpopularniejszym, najbardziej przeoranym, najnudniejszym i najczęstszym na moim blogu.
Napomnę tylko, że padało, albo lało, no ale w każdym razie
cały czas była pompa 😄 Dzień wcześniej, w nocy,
rano, przed wyścigiem, w trakcie wyścigu i po też... Ale miałam nic o tym nie
pisać😐
Zapisałam się na krótki dystans (27km) czyli według regulaminu ten bez nagród. Jadąc nie liczyłam więc na nic. Miałam zamiar pocisnąć dla samej siebie.
Na miejsce wyścigu dojechaliśmy bez problemów, a do startu mieliśmy jeszcze sporo czasu.
Zdążyliśmy więc na spokojnie ogarnąć rowery, odebrać
pakiety, przebrać się w stroje, przemoknąć do suchej nitki i tak dalej 😃
Na starcie nie stawili się wszyscy zapisani wcześniej zawodnicy. Wychodzi na to, że bardzo cienkie z nich bolki i przestraszyły ich warunki atmosferyczne. Najważniejsze, że my byliśmy na odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.
Godzina 11, wystartowaliśmy. Chyba za daleko się ustawiłam, a w dodatku z początku trasa była dość wąska i ciężko było wyprzedzać tych zdecydowanie wolniejszych. Po około 2-3 kilometrach zrobiło się szerzej więc zaczęło się słynne i znane:
-Prawa wolna!
-Lewa wolna!
I tak do przodu, po chwili widzę jedną z dziewczyn, więc
uśmiech na twarzy się pojawia;) Mijam ją i słyszę tylko:
-Teraz się jej trzymaj!
Ale niestety dla niej a na szczęście dla mnie. Wystarczyła
chwila i zniknęłam jej z pola widzenia:)
Trasa szeroka i dość płaska, miała tylko kilka niedużych wzniesień. Utrudnieniem za to były wszędzie obecne kałuże, mokry piach i błoto. Ale tak na dobrą sprawę to mokry piach jest jeszcze lepszy od suchego także na plus.
Cisnęłam ile nogi dały i na około 7 kilometra dogoniłam
kolejną zawodniczkę, która również nie utrzymała mojego tempa.
Jechałam razem z tatą i zmienialiśmy się przy prowadzeniu. Raz ciągnęłam ja, raz on.
Bardzo równomiernie mijaliśmy kolejnych uczestników. Ale
byli to tylko faceci...
Z wielkim zacięciem wlatywałam w sam środek zajmujących całą
drogę kałuż, aby tylko zyskać sekundy. Momentami plusk wody był tak ogromny, że
czułam go nawet na brzuchu. O butach już nawet nie wspomnę, bo zdążyłam je
przemoczyć już na pierwszej lepszej kałuży😁
Niestety warunki podłoża i to, że ciągle byłam skupiona na tym czy moje koło zaraz się nie śliźnie sprawiło, że nie dopilnowałam uzupełniania płynów i to w sumie chyba mój największy błąd na tych zawodach. W przyszłości koniecznie muszę to poprawić i pić zdecydowanie więcej, a nie dojeżdżać na metę z prawie pełnym bidonem.
Kryzys na trasie przyszedł gdy cali mokrzy wyjechaliśmy z lasu na pole, jechaliśmy szutrem, który ciągnął się przez lotnisko. Zrobiło mi się tam trochę zimno, bo wiatr w takim miejscu to raczej oczywista sprawa. Schowana jednak za plecami taty, pokonałam ten odcinek z zadowalającą prędkością.
Następnie znów wjazd do lasu, w którym gałęzie zwisały idealnie nad głowami zawodników Zresztą tak było na całej trasie i jest to minus jeżeli chodzi o przygotowanie ścieżek. Każdy na pewno jednoznacznie przyzna, że niezbyt miłym uczuciem było dostawanie "z liścia"
Było już około 20 kilometra a ja znów poczułam przypływ
mocy. Więc "bang" przyciskamy mocniej i kręcimy, kręcimy!
Trasa miała mieć 27km, a już na 23 zobaczyliśmy znak meta.
Więc kręcimy jeszcze mocniej! Za plecami słyszę oddech, ale nietrudno było
określić, że to oddech faceta;)
Wpadamy na stadion na którym trochę niefortunnie usytuowana
była meta. Najpierw jazda po tartanie a potem nieoznaczony kompletnie niczym
zjazd na trawę, poprzedzony ostrym skrętem pod krawężnik. Ten właśnie
nieszczęsny krawężnik jest moim wrogiem! Spanikowałam na nim odrobinę i
zwolniłam a zawodnik, którego miałam za plecami wleciał na niego jak z procy.
Tym sposobem na metę wjechałam za nim.
Wjeżdżając za to usłyszałam coś co mnie mega ucieszyło. Bo
przecież wpadam zasapana, jeszcze do końca nie ogarniam i słyszę tylko:
- Zuza! Pierwsza jesteś!
Mega radość i mega wzruszenie. Tak to jest jak się pierwszy
raz staje na pudle w open a nie tylko w kategorii i to od razu na najwyższym
szczeblu!
Ucieszyło mnie też to, że pan z którym finiszowałam miał ostatecznie według wyników czas identyczny jak ja! Wychodzi na to, że wystartował szybciej;) I jesteśmy kwita:D
Po wjechaniu na metę wyglądałam tak:
A nie zabrałam ze sobą ani ręcznika ani niczego co mogłoby
mnie w tym momencie uratować. Nigdzie dookoła nie było nawet szlaufa z wodą.
Zaczęłam więc obczyszczać się chusteczkami i słyszę:
-Zapraszamy do dekoracji kobiet!
A ja siedzę bez butów bez skarpet, cała w błocie na parkingu😂
No ale kurcze, okazało się, że ta dekoracja to dopiero za 15
minut...
Czyli brawo ja!
Zdążyłam więc trochę się ogarnąć bo przecież dookoła
paparazzi i te sprawy😂
Szczęśliwa, z bananem na twarzy, stanęłam na pudle. I nawet
ku mojemu zaskoczeniu były nagrody, więc radocha wielka!
Szklana pogoda okazała się więc dla mnie bardzo szczęśliwą, udowodniłam sobie, że zawsze warto podjąć ryzyko, nawet gdy coś stanie nam na przeszkodzie:)
Sam rajd w Prabutach był bardzo fajny i na pewno wrócę tam za rok:)




Komentarze
Prześlij komentarz