Podejmij ryzyko czyli IV Rajd Rowerowy ,,Pamięci Kresowian'' w Prabutach


Ostatnio nie miałam chęci na starty w jakichkolwiek zawodach. Cieszyła mnie zwykła, najprostsza, codzienna jazda na rowerze. Totalne zero parcia. Na szczęście jednak na liście startowej rajdu w Prabutach się znalazłam😁

O pogodzie wolę już nawet nie pisać, bo boję się, że ten temat stanie się najpopularniejszym, najbardziej przeoranym, najnudniejszym i najczęstszym na moim blogu.
Napomnę tylko, że padało, albo lało, no ale w każdym razie cały czas była pompa 😄 Dzień wcześniej, w nocy, rano, przed wyścigiem, w trakcie wyścigu i po też... Ale miałam nic o tym nie pisać😐

Zapisałam się na krótki dystans (27km) czyli według regulaminu ten bez nagród. Jadąc nie liczyłam więc na nic. Miałam zamiar pocisnąć dla samej siebie.

Na miejsce wyścigu dojechaliśmy bez problemów, a do startu mieliśmy jeszcze sporo czasu.
Zdążyliśmy więc na spokojnie ogarnąć rowery, odebrać pakiety, przebrać się w stroje, przemoknąć do suchej nitki i tak dalej 😃

Na starcie nie stawili się wszyscy zapisani wcześniej zawodnicy. Wychodzi na to, że bardzo cienkie z nich bolki i przestraszyły ich warunki atmosferyczne. Najważniejsze, że my byliśmy na odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.

Godzina 11, wystartowaliśmy. Chyba za daleko się ustawiłam, a w dodatku z początku trasa była dość wąska i ciężko było wyprzedzać tych zdecydowanie wolniejszych. Po około 2-3 kilometrach zrobiło się szerzej więc zaczęło się słynne i znane:
-Prawa wolna!
-Lewa wolna!
I tak do przodu, po chwili widzę jedną z dziewczyn, więc uśmiech na twarzy się pojawia;) Mijam ją i słyszę tylko:
-Teraz się jej trzymaj!
Ale niestety dla niej a na szczęście dla mnie. Wystarczyła chwila i zniknęłam jej z pola widzenia:)

Trasa szeroka i dość płaska, miała tylko kilka niedużych wzniesień. Utrudnieniem za to były wszędzie obecne kałuże, mokry piach i błoto. Ale tak na dobrą sprawę to mokry piach jest jeszcze lepszy od suchego także na plus.
Cisnęłam ile nogi dały i na około 7 kilometra dogoniłam kolejną zawodniczkę, która również nie utrzymała mojego tempa.

Jechałam razem z tatą i zmienialiśmy się przy prowadzeniu. Raz ciągnęłam ja, raz on.
Bardzo równomiernie mijaliśmy kolejnych uczestników. Ale byli to tylko faceci...
Z wielkim zacięciem wlatywałam w sam środek zajmujących całą drogę kałuż, aby tylko zyskać sekundy. Momentami plusk wody był tak ogromny, że czułam go nawet na brzuchu. O butach już nawet nie wspomnę, bo zdążyłam je przemoczyć już na pierwszej lepszej kałuży😁

Niestety warunki podłoża i to, że ciągle byłam skupiona na tym czy moje koło zaraz się nie śliźnie sprawiło, że nie dopilnowałam uzupełniania płynów i to w sumie chyba mój największy błąd na tych zawodach. W przyszłości koniecznie muszę to poprawić i pić zdecydowanie więcej, a nie dojeżdżać na metę z prawie pełnym bidonem.

Kryzys na trasie przyszedł gdy cali mokrzy wyjechaliśmy z lasu na pole, jechaliśmy szutrem, który ciągnął się przez lotnisko. Zrobiło mi się tam trochę zimno, bo wiatr w takim miejscu to raczej oczywista sprawa. Schowana jednak za plecami taty, pokonałam ten odcinek z zadowalającą prędkością.

Następnie znów wjazd do lasu, w którym gałęzie zwisały idealnie nad głowami zawodników Zresztą tak było na całej trasie i jest to minus jeżeli chodzi o przygotowanie ścieżek. Każdy na pewno jednoznacznie przyzna, że niezbyt miłym uczuciem było dostawanie "z liścia"
Było już około 20 kilometra a ja znów poczułam przypływ mocy. Więc "bang" przyciskamy mocniej i kręcimy, kręcimy!
Trasa miała mieć 27km, a już na 23 zobaczyliśmy znak meta. Więc kręcimy jeszcze mocniej! Za plecami słyszę oddech, ale nietrudno było określić, że to oddech faceta;)
Wpadamy na stadion na którym trochę niefortunnie usytuowana była meta. Najpierw jazda po tartanie a potem nieoznaczony kompletnie niczym zjazd na trawę, poprzedzony ostrym skrętem pod krawężnik. Ten właśnie nieszczęsny krawężnik jest moim wrogiem! Spanikowałam na nim odrobinę i zwolniłam a zawodnik, którego miałam za plecami wleciał na niego jak z procy. Tym sposobem na metę wjechałam za nim.
Wjeżdżając za to usłyszałam coś co mnie mega ucieszyło. Bo przecież wpadam zasapana, jeszcze do końca nie ogarniam i słyszę tylko:
- Zuza! Pierwsza jesteś!
Mega radość i mega wzruszenie. Tak to jest jak się pierwszy raz staje na pudle w open a nie tylko w kategorii i to od razu na najwyższym szczeblu!

Ucieszyło mnie też to, że pan z którym finiszowałam miał ostatecznie według wyników czas identyczny jak ja! Wychodzi na to, że wystartował szybciej;) I jesteśmy kwita:D

Po wjechaniu na metę wyglądałam tak:

A nie zabrałam ze sobą ani ręcznika ani niczego co mogłoby mnie w tym momencie uratować. Nigdzie dookoła nie było nawet szlaufa z wodą. Zaczęłam więc obczyszczać się chusteczkami i słyszę:
-Zapraszamy do dekoracji kobiet!



A ja siedzę bez butów bez skarpet, cała w błocie na parkingu😂
Więc z powrotem bach! Nogi w mokre buty i lecę!
No ale kurcze, okazało się, że ta dekoracja to dopiero za 15 minut...
Czyli brawo ja!

Zdążyłam więc trochę się ogarnąć bo przecież dookoła paparazzi i te sprawy😂
Szczęśliwa, z bananem na twarzy, stanęłam na pudle. I nawet ku mojemu zaskoczeniu były nagrody, więc radocha wielka!

Potem zjedliśmy jeszcze posiłek przygotowany przez organizatora i do domu.

Szklana pogoda okazała się więc dla mnie bardzo szczęśliwą, udowodniłam sobie, że zawsze warto podjąć ryzyko, nawet gdy coś stanie nam na przeszkodzie:)

Sam rajd w Prabutach był bardzo fajny i na pewno wrócę tam za rok:)


Komentarze